
-
Babska misja
-
Kochanowo i okolice
-
Miłość czy pieniądze
-
Koszmar na miarę
-
Ostatnia rozgrywka
-
Dwa jabłka
-
Trafiona-zatopiona
-
Decathexis
-
Miłość czy sport
-
Mój prywatny Sąd Ostateczny
-
Siedlisko
-
Twarze szatana
-
Muzykologia, czyli the best of... spraw damsko-męskich
-
Cień znad jeziora
-
Ballada o chaosiku
-
Muchy w zupie i inne dramaty
-
Rowerzysta
-
Diabelska przypadłość
Muchy, pies i morze herbaty
Z Małgorzatą Żurakowską, dziennikarką Radia Lublin, autorką książki Muchy w zupie i inne dramaty, rozmawia Michał Oksiński.
Muchy w zupie... to taka kronika wypadków domowych. To urocze ciepłe obrazki rodzinne, w których niezbędnym dodatkiem jest pies. Ma Pani specjalny zeszyt, do którego metodycznie wpisuje małe rodzinne dramaty?
Nic podobnego. Żadnych zeszycików. Zapiski powstawały spontanicznie, na gorąco. Często na przypadkowych kwitach, fakturach i rachunkach. Zdarzyło się nawet, że koperta z moją prywatną notatką została wysłana do urzędu.
Ryzykowne. Z kolei z książki wyłania się obraz kobiety superbohaterki.
Wierzę w kobiety. Przez wieki to one pilnowały domu i dbały o polskość. Matka Polka to już kategoria historyczna, ale gen heroizmu w nas pozostał. Zwykle matki przemawiają do swoich córek: dasz sobie radę, bądź dzielna. Takie hasła wychowawcze wchodzą w krew. A ja bardzo bym chciała, abyśmy czasami nie musiały być dzielne, pozwoliły sobie na słabość.
W wielu sytuacjach książkowych nasza bohaterka daje plamę.
To normalne, bo jesteśmy tylko ludźmi. Trzeba sobie powiedzieć: nie jestem idealna. To ważne, czy z sytuacji podbramkowych zrobię dramat szekspirowski, czy powiem sobie: trudno, uda się innym razem.
Książkowe perypetie bywają nieprawdopodobne.
Mnie często przytrafiają się takie sytuacje. Wybierałam się na ważną wizytę do lekarza i zależało mi na zrobieniu dobrego wrażenia. Miałam być w szpitalu w poniedziałek, o barbarzyńskiej porze - na ósmą trzydzieści. Poprzedniego dnia kończyłam program po 23. Wstałam rano z potworną fryzurą. Spróbowałam okiełznać włosy. Złapałam mały lakier i przyklepałam włosy. Poszłam do szpitala. Ludzie patrzyli na mnie dziwnie, pani doktor zaś - najdziwniej. Kiedy wróciłam do domu, okazało się, że mam włosy utrefione na lakier z ostrym, sylwestrowym brokatem. Mogłabym usiąść i płakać, ale takie sytuacje traktuję jak uśmiech losu. Łapię wtedy równowagę i nie wpadam w poczucie, że jest beznadziejnie, dramatycznie i nie ma wyjścia.
Los opowiada nam dowcip?
To są iskierki dnia codziennego, takie promyczki. Kiedyś biegłam do radia, nie widząc nic dookoła, w nie najlepszym humorze. Na przejściu przez jezdnię musiałam się zatrzymać. I zobaczyłam, jak nosek z drzewa leci - jak helikopter! Zobaczyłam to cudo natury, kiedy podniosłam głowę. Byłam urzeczona. Dookoła jest mnóstwo takich rzeczy. To ważne, abyśmy nie mieli na oczach klapek z napisem „nieustająca udręka”.
Kto lub co ratuje Panią przed światem?
Rodzina. I działa to w dwie strony. Zwykły kataklizm nie wystarczy, aby mnie złamać. Kiedy wracam do domu z marzeniem, żeby się tylko położyć, wtedy się okazuje, że są do rozwiązania trzy problemy egzystencjalne dużej wagi. Wtedy rodziną trzeba się jak najszybciej zająć. Bywa i tak, że jeśli moje dzieci widzą, że wracam dziko zmęczona, w progu odbierają mi torebkę i płaszcz, natychmiast jest nastawiona herbata. Zawsze wypijamy jej morze...
Co ma takiego w sobie herbata, poza tym, że wysusza gardło?
(śmiech) Zaczęło się dawno temu. Jeździliśmy na działkę, na miesięczne urlopy. Nauczyliśmy się siedzieć przy stole w ogrodzie potwornie długo i rozmawiać. O wszystkim i o niczym, zawsze była herbata, bo to nas jakoś łączyło. Kiedy wróciliśmy do domu, moje córki zapytały, dlaczego nie możemy mieć takiego stołu, przy którym można tak posiedzieć i tak pogadać. I tak zostało. Codziennie spotykamy się przy herbacie, siadamy jak te brojlery pod słoneczkiem, opowiadamy o tym, co nas spotkało w ciągu dnia.
W książce nie ma dramatycznych wyborów, wielkich spraw, fundamentalnych pytań.
To jest sfera, z którą każdy musi się zmierzyć sam. Nikt nie uczy się na cudzych błędach, musimy popełnić własne. Gdybym miała pisać o poważnych dylematach, zostałabym pisarzem katolickim. Jednak prosta afirmacja życia jest we mnie silniejsza. Pomaga odróżniać sprawy, które są faktycznie ważne od tych, które możemy potraktować z przymrużeniem oka i z dystansem. Jeżeli będzie dla nas dramatem, że nie udał się piernik, że nasze dziecko dostało jedynkę, wtedy świat wartości się przestawia.
I wtedy coś umyka?
Wiara jest dla mnie bardzo ważna. Wprowadza odpowiednią hierarchię wartości. Myślę, że wiele rzeczy, które przytrafiły się w moim życiu, przyjęłabym dużo gorzej, gdyby nie przeświadczenie, że to wszystko ma jakiś sens, cel. Nie stawiam pytań: dlaczego ja. Raczej zastawiam się: po co, czemu to służy. Nie przeżywam dramatycznych buntów, dość pokornie przyjmuję to, co mnie spotyka.
Książka może być formą syropu na takie sytuacje.
Myślę, że może być takim „lekarstwem”. W Pippi Pończoszance Astrid Lindgren jest takie rozróżnienie; lekarstwo aplikuje się na kaszel, katar albo ból głowy. „Likarstwo” to panaceum na wszystkie choroby. Jeżeli ktoś weźmie książkę i uśmiechnie się kilka razy, uznaję, że swój cel osiągnęłam - stworzyłam likarstwo...
Pani jest czy bywa szczęśliwa?
Jestem naprawdę szczęśliwa, chociaż nie jestem dzieckiem szczęścia. Tak samo jak wszyscy ludzie natrafiam na duże przeszkody, trudne wybory, borykam się z poważną chorobą w rodzinie. Życie jak zawsze ma plusy i minusy, ale liczy się „całokształt”- czyli to, co przeważa. I nie ma to związku z dobrami doczesnymi - mam nieco ponad 60 metrów mieszkania, leciwy samochód, troje cudownych dzieci, fantastycznego męża i zwariowanego psa... no i jeszcze dwie prace, które uwielbiam...




















